Tęsknie do czasów, gdy filmowa opowieść mieściła się w 90 minutach. Współczesne
filmowe epopeje, w których końca nie widać, często nużą i wystawiają percepcję widza na próbę. Tym
razem jednak trzy godziny spędzone w kinowym fotelu były pełną przyjemnością, bez chwili znużenia.
To zasługa interesującej struktury i tempa filmu – przenikające się sekwencje z różnych okresów
czasu, retrospektywy, subtelnie wplecione urojenia czy osobliwe ilustracje emocji. Wszystko
niezwykle dynamiczne, rytmiczne,
a przy tym konsekwentne i tak zaplanowane, by
nieustannie podsycać ciekawość. Świetnym pomysłem jest zróżnicowanie stylu pracy kamery w
poszczególnych sekwencjach, a także odmienna kolorystyka (czerń i biel – sepia – kolor).
Wielu widzów i znawców kina, zarzucało twórcom nadmierne epatowanie skomplikowaną
terminologią, która z uwagi na skomplikowany charakter fizyki, dla większości była pustą
„mową–trawą”. Fizyka kwantowa, to dla mnie abstrakcja przepotężna. Film Nolana nic nie zmienił w tym
temacie, dalej nie wiem o co
w tym chodzi. Myślę jednak, że udało się trafnie
określić jak bardzo skomplikowana jest to wiedza i do czego można ją przyrównać. Otóż, fizyka
kwantowa posiada dokładnie taki sam stopień zawiłości jak ludzkie emocje, charakter, zachowania… I
to właśnie to, a nie bomba atomowa, są tematem filmu. To mistrzowsko przedstawiony pochód
oryginalnych postaci i ich roli, nie tylko w Projekcie Manhattan, ale także w życiu Oppenheimera.
O sukcesie filmu, obok wspominanych powyżej aspektów, zdecydował przede
wszystkim magnetyzm odtwórcy tytułowej roli. Cillian Murphy stworzył kreację totalną. Niewiele jest
scen, gdy nie ma go na ekranie. To rola wielka i wybitna. Istotne jest, że Murphy wciela się w
swojego bohatera we wszystkich prezentowanych okresach życia. Oglądamy historię Oppenheimera na
przestrzeni kilkudziesięciu lat. Od studenta, przez słynnego naukowca, szefa Projektu Manhattan, a
później dojrzałego, walczącego o swoje prawa narodowego bohatera. Wielkie barwa należą się nie tylko
dla samego aktora, ale też charakteryzatorów. Zresztą metamorfozy wynikające z upływu czasu musiała
przejść znaczna część bohaterów.
Za mankament filmu można uznać nagromadzenie
faktów, nazwisk, zdarzeń, szczególnie w ostatniej jego części. By w pełni zrozumieć niuanse
opowiadanej historii zmuszony byłem po seansie do lektury skondensowanych źródeł, które pozwoliły na
usystematyzowanie przebiegu procesów oraz określenie pojawiających się postaci. Za dużo tez jest
polityki. Zamiast postawić widzowi możliwość obiektywnej oceny zdarzeń czy decyzji bohaterów,
autorzy filmu próbują narzucić swoją interpretację. To sprawia, że polityczne sceny są po prostu…
duszne.
Świat (czyt. ludzie) widział już wiele, miał nie popełniać już błędów. I
co? W ciekawych czasach przyszło nam żyć. Aktualność „Oppenheimera” jest wstrząsająca. Ważne tym
samym jest,
że wyczerpując biografia „ojca bomby atomowej” poprowadzona jest nie
tylko z dużym rozmachem, ale też wyczuciem oraz odpowiedzialnością. Tak jak dziś wydaje się „Mein
Kampf” Adolfa Hitlera ze stosownym krytycyzm komentarzem, tak i ten film „opatrzony” jest niezbędnym
ostrzeżeniem. Nie jest to ani plansza, ani lektor, lecz postawa bohatera, który po opracowaniu
broni, zrozumiał… błąd.